Ciąża trenerki personalnej, czyli jak „FAT” przestał mieć jakiekolwiek znaczenie

Brzuszek ciążowy

Nie chciałam jej. Nie wtedy. Ten wpis będzie bardzo osobisty. Szczerze? Myślałam o nim odkąd zrobiłam test ciążowy. Dlaczego postanowiłam jednak napisać? Bo Trenerki boją się ciąży. Boją się tak jak ja się bałam.

Pamiętam wszystko. Wszystko oprócz porodu. Pamiętam jak cholernie bałam się dziecka. Bo wiedziałam, że wtedy wszystko się zmieni. Znałam też swoje priorytety. Dla mnie wtedy najważniejsza była praca. Wiedziałam, że dziecko będzie mi przeszkadzało. Wiedziałam też, że jeśli nie teraz to będzie to na mnie ciążyło i być może kiedyś będzie za późno. Miałam na siebie plan. Plan w którym dziecko będzie dla mnie ograniczeniem i będę musiała się poświęcić.

Do dziś pamiętam jak powiedziałam Piotrowi o tym, że będziemy mieć dziecko. Nie było ani grosza romantyzmu. Oschłe „zbieraj na wózek”. Siedział przed komputerem i patrzył nieruchomo. Ja za telefon do siostry. Byłam podekscytowana. Nie dzieckiem, ale tym, że będę w centrum uwagi. Ciąża fizycznie przebiegała idealnie. Psychicznie 16 tygodni piekła. Oddawanie obrączki, chęć zabicia się, znienawidzenie do ciała. Cierpiałam. Nie miałam siły pracować. JA nauczona wstawać o 5 i siedzieć do 23 pracując. Z każdym dniem bardziej żałowałam, że to się stało.  Waga rosła jak oszalała. Nie wymiotowałam. Z każdym dniem czułam jak wszystko mi rośnie i myślałam, że zwariuje. Moja akceptacja siebie spadła poniżej 0. Obiecywałam sobie, że nie przekroczę wagi 75 kg. Każdy dodatkowy kg był dla mnie piekłem. Zamykałam się w łazience i nie chciałam iść do ludzi. Do 16 tyg. Nagle odżyłam. Zaczynało być dobrze. Brzuch widoczny. Prowadziłam po 12 treningów dziennie. Siły wróciły, a ja czułam się jak nowo narodzona. Mówili, żebym korzystała, że to ostatnie takie chwile. Nie słuchałam. 1 sierpnia poszłam na usg. Poszłam z siostrą. Piotr miał dojechać. Przyjechał spóźniony. Nie pamiętam tego badania. Pamiętam tylko, że zrobiło mi się słabo, nie mogłam oddychać. To brzmiało jak wyrok – 95% na wadę genetyczną, skierowanie na patologię ciąży. Wtedy wszystko przestało się liczyć. Cały weekend płaczu. Cały weekend wyjęty z życia. Czekałam na datę badania. Wylądowałam na badaniach genetycznych.

To był przełom.

L: Pani Kasiu proszę się nie ruszać bo pępowina ma tylko 0,7 mm, a nie chciałbym jej przekłuć.

K: Dobrze Panie doktorze

L: A to mała niegrzeczna chce się bawić igłą :)

K: Panie doktorze przepraszam muszę ziewnąć.

L: No dobrze przerwiemy badanie na chwilę

Zbliżyłam dłoń do ust, a Ania zrobiła to samo. Widziałam jak jej małe rączki powtarzają każdy mój ruch

Wtedy poczułam, że ją kocham. Dopiero w 20 tyg !!! Poczułam, że nie ważne co się stanie, ale muszę ją dotknąć i urodzić.

Na odchodne w szpitalu usłyszałam ” Wyniki za 2 tyg proszę pilnować daty bo będzie Pani miała 2 dni na legalne usunięcie płodu” Jakiego ku**** płodu ???!!!! To moje dziecko!!!!

Wróciłam do pracy. 2 tygodnie piekła. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Wiedziałam jednak, że już nic się nie liczy. W nosie miałam wygląd – oczywiście byłam zadbana , ale już nie ważyłam się dwa razy dziennie. O dziwo miałam coraz więcej klientów. Może to dlatego, że ciężarnej się nie odmawia ;) To co jednak wtedy najbardziej mnie uderzyło to to, że wszystko zmienia się z dnia na dzień. Trzeba czerpać radość z każdej chwili. Pracowałam do 9 miesiąca. W dniu kiedy dostałam l4 wylądowałam w szpitalu. Nerwy zaczynały puszczać. Nie pamiętam kiedy tyle spałam. 3 tygodnie spania po 20h w szpitalu. Urodziłam dzień przed Wigilią.

I wtedy stało się.

Zamieniłam się w lwicę. Nie potrafię tego opisać, ale moja Rodzina jest świętością!!!! Nikt nie ma prawa skrzywdzić ani Ani ani Piotra. Wiecie co? To wtedy eksplodowała moja największa pewność siebie. Poszłam jak burza!!!!

Dlaczego o tym piszę? Dziewczyny każda z Nas przeżywa ten okres inaczej. Hormony jednak to hormony ;) Jako Trenerka powiem śmiało. W okresie ciąży miałam ogromną ilość klientów. Po porodzie mogłam zaraz wrócić do treningów. Wróciłam :) Jest ciężko. Czasami nawet bardzo. Uwierzcie mi jednak – nikogo nie kocha się tak mocno jak swoje własne dziecko.